skierniewickie.pl

Wywiad z Ireneuszem Krosnym (Teatr Jednego Mima)

Wtorek 04.05.2010oprac. Anna Jacak
Jego pantomimiczne skecze ukazują Polakom ich wady narodowe, ale ich tematyka jest również bardziej uniwersalna, ponadnarodowa. Ireneusz Krosny występuje na scenach kabaretowych całego świata. Na ogół bawi nas bez słów – tym razem jednak możemy posłuchać co sądzi o swojej publiczności. O tym czy Polacy to smutny naród oraz jak się śmieją inne narody z Ireneuszem Krosnym rozmawia Paweł Bruger.

Przedstawiamy wersję do czytania lub słuchania. Aby odsłuchać wywiad należy skorzystać z playera poniżej:




Paweł Bruger: Występował Pan w tak egzotycznych dla nas miejscach jak Rosja, USA, Korea Południowa, Islandia. Gdzie wstępowało się  najlepiej?

Ireneusz Krosny: Trudno powiedzieć, dobrze występuje się w wielu różnych krajach. Ostatnio praktycznie co miesiąc gram w Hiszpanii i bardzo dobrze się tam się występuje. To ciepłokrwisty naród, więc reakcje są żywiołowe. Muszę powiedzieć, iż z żadnego kraju nie mam szczególnie wybitnych wspomnień, w zasadzie podobnie gra się na każdym kontynencie.

PB.: A czy zaobserwował Pan wpływ cech narodowych w zależności od szerokości geograficznej na reakcje publiczności? Powiedział Pan, że na przykład Hiszpanie są ciepłokrwiści. Czy to oznacza, że Islandczycy uśmiechają się tylko pod nosem?

IK.: Raczej nie. Jeśli chodzi o szczególne zjawiska  to w Korei Południowej zauważyłam, iż przed każdym wybuchem śmiechu słychać było okrzyk „Wow”. Na początku myślałem, że coś jest nie tak, okazało się jednak, że tak było przez cały spektakl.  Wieczorem w hotelu włączyłem telewizję koreańską i przekonałem się, że w normalnych komediach podkładane śmiechy brzmią identycznie, w nich tak się po prostu śmieją, taki jest zwyczaj. Jeśli chodzi o pohamowane reakcje, skrywanie własnego przeżywania to Rosja. Grałem tam w teatrze Pierwomajskim. W trakcie spektaklu miałem wrażenie, iż reakcje publiczności nie są zbyt mocne, potem okazało się, iż bardzo im się podobało, dawno się tak nie uśmiali. Być może to system totalitarny wyrobił w ludziach skrywanie własnego wnętrza. Jeśli chodzi o inne narody to wiadomo, że Francuzi, Hiszpanie, Włosi reagują żywiołowo, natomiast okazuje się, że skandynawskie kraje też bardzo dobrze reagują.

PB.: Polacy są smutnym narodem czy raczej wesołym w porównaniu do innych?

IK.: Myślę, że Polacy są w porządku. Reakcje są dobre, mocne. Poza tym Polacy lubią się bawić, chodzą na komedie. Chociaż na przykład w Hiszpanii, w której ostatnio często bywam, widzę, iż kultura nawet w małych miasteczkach jest w pewien sposób zorganizowana, dofinansowana przez władze miasta i ludzie są nauczeni chodzić do teatru tylko dlatego, że coś jest, nawet jeśli nie znają wykonawcy.  To mi się podoba, tego brakuje Polakom – my wybieramy się tylko na to, co znamy, na przykład z telewizji. Brakuje zaufania, że ktoś, kto organizuje kulturę, może wiedzieć, co jest dobre. Nie ma tego nurtu, więc trudno jest się przebić z czymś nowym, tam dużo łatwiej jest pozyskać widzów właśnie dzięki temu, że ludzie mają zaufanie do instytucji – skoro coś jest zaproszone, to jest dobre.

PB.: Czy w Polsce trudno było się przebić z tak mało popularną formą jak pantomima?

IK.: Na pewno nie było łatwo. Kiedy zacząłem swoją działalność zawodową w 1992 roku, zakładając „Teatr jednego mima”, mój główny problem polegał na tym, że nikt nie chciał zobaczyć tego, co robię. Chciałem się zgłosić na festiwale, wysyłałem karty zgłoszeniowe, dzwoniłem, rozmawiałem, ale wszyscy myśleli: „Facet na czarno ubrany, nic nie mówi, więc nie, nie, nie. Może coś innego.” To trwało prawie trzy lata. Kiedy dostałem się na pierwszy festiwal – to były „Biesiady humoru i satyry” w 1995 roku, to dostałem się tylko dlatego, że jakiś zespół nie dojechał i pozwolono mi wystąpić w jego miejsce, dzięki temu mogłem tam w ogóle zaistnieć. Wygrałem ten festiwal i dopiero wtedy mogłem wystąpić na dwóch kolejnych festiwalach kabaretowych, które też wygrałem. Wtedy  zaczęła się telewizja.

PB.: Pewnie nie lubi pan tego pytania – ale dlaczego pantomima?

IK.: Po prostu zafascynowała mnie w dzieciństwie. Co prawda na początku była to pantomima dramatyczna, nie komediowa i zespołowa. Podobało mi się to, że widzę rzeczy, których nie ma, obracam się w świecie, który sobie sam tworzę. To mnie tak pociągało, że zarzuciłem wszystkie inne hobby i zająłem się pantomimą. Od tego czasu, miałem wtedy 14 lat wstąpiłem w szeregi teatru pantomimy i zajmuję się nią po dzień dzisiejszy.

PB.: W swoich występach porusza pan tematy społeczne, uniwersalne, nie narodowe. To jest chyba warunkiem do występowania na wielu różnych scenach. A może jadąc na przykład do Hiszpanii wplata pan coś, co mogłoby być smaczkiem dla Hiszpanów?

IK.: Jest i tak i tak. To znaczy z jednej strony główny nurt jest taki, że traktuję o sprawach społecznych, międzyludzkich, takich, które mogą wystąpić w każdym społeczeństwie. Na przykład dla Chińczyka nie jest ważne, czy ja jem pałeczkami, czy nożem i widelcem, bo żyjemy w takich czasach, w których Chińczyk wie, że w Europie je się sztućcami, a my wiemy, że oni jedzą pałeczkami. Nie jest to więc dla nich gest niezrozumiały, więc ja nie muszę specjalnie dostosowywać repertuaru do danego kraju, są natomiast tematy związane z danym państwem. Na przykład w Polsce gram scenkę „Matura”, czy „Polską niedzielę”, pokazując jak ludzie marnują czas siedząc przed telewizorem. Nie gram ich w żadnym innych kraju, gdyż na przykład ściąganie jest zwyczajem polskim. Gdybym w Ameryce zagrał maturę, byłoby to zupełnie niezrozumiałe – tam się nie ściąga, ponieważ powoduje to utratę autorytetu w oczach kolegów. Tak więc istnieją scenki, które są zjawiskiem czysto polskim, w Hiszpanii na przykład poruszam takie tematy jak Corrida, czyli zagadnienie, które u nich kolei jest tematem mocnym, a u nas niekoniecznie. Czasami jest też inaczej. Na przykład grana przeze mnie scenka "Arnold się zbroi" - parodia Arnolda Szwarzenbergera, w Polsce była jedną z wielu scenek, natomiast w Ameryce odebrano ją jako gwóźdź programu. Czasami tak jest, że coś w pewnym kraju chwyta mocniej niż w pozostałych.

PB.: Czy jest występ, który najbardziej pan pamięta?

IK.: Jest mnóstwo takich zdarzeń. W zeszłym roku na przykład miałem występ w Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich i zawiodły samoloty, w związku z czym występ, który miał się zacząć o 21, zaczął się dopiero o 22. Widownia od godziny siedziała na pustej sali i czekała aż artysta doleci. Przyleciałem tam z mocnym stresem, ponieważ miałem pełną świadomość, że widownia ma prawo być lekko zdenerwowana i negatywnie nastawiona. Zacząłem grać z postanowieniem, iż muszę zdobyć serca tej publiczności. W końcu około północy prawie tysięczna widownia wstała z miejsc i biła brawo. To właśnie mi utkwiło w pamięci - pomimo fatalnego początku przedstawienia, udało się wszystko wyprowadzić na prostą.

PB.: Dziękuję za rozmowę.

IK.: Dziękuję również.


opracowała: Anna Jacak
bardzo dobry
Ocena:
Komentarze (0)
Dodaj komentarz