skierniewickie.pl

Skierniewice: Teatr Palmera Eldritcha z Poznania

Poniedziałek 29.03.2010Fundacja Teatr Realistyczny
Poznański Teatr Palmera Eldritcha wystawi sztukę pt. „Jarzenie” w Teatrze Realistycznym w czwartek, 1 kwietnia. Początek o godz. 20. Koszt: 8 złotych.

Natalia Dolata

Tombak jarzy ostrym światłem

Choć jest to pierwszy spektakl Teatru Palmera Eldritcha, to o jego twórcach nie można powiedzieć nowicjusze, gdyż każdy z nich już od jakiegoś czasu pracuje w teatrze, realizuje mniejsze lub większe projekty, happeningi, performance. Tym bardziej zaciekawiło mnie, co mogło zrodzić się w tych kreatywnych głowach, a przede wszystkim uparłam się, by najpierw rozszyfrować tytuł przedstawienia. Dlaczego Jarzenie, gdzie tu jest haczyk? Czy patrząc najprościej, chodzi o to, że widz ma coś „zajarzyć”? Czy chodzi o światła, które jarzą się przez większość przedstawienia prosto w oczy, aż do bólu? A może należałoby iść tropem postaci wybranej na patrona zespołu – Palmera Eldritcha – króla iluzoryczności życia, twórcy nowej jakości halucynogennych narkotyków Chew-Z, po których zażyciu, już „nie jarzysz”, który świat jest prawdziwy – narkotycznych wizji czy ten powszedni? W rozmowie po spektaklu z jednym z członków zespołu, Agatą Elsner, okazuje się, że potwierdziły się wszystkie te intuicje. „Wybraliśmy Jarzenie, bo genialnie pasuje do opisu zastanej rzeczywistości – chorej, wynaturzonej – która nabrała zawrotnego pędu, przyspieszyła. Rzeczywistości, którą chłoniemy poprzez wiodący obecnie sposób percepcji: obraz – wykreowany przez specjalistów, zafałszowany, krzykliwie kolorowy, bolący i gryzący w oczy, jak w spektaklu. Co znaczące, obraz ten bije zimnym światłem, podobnie jak jarzeniówki, których użyliśmy.” – mówi Elsner.

Teatr alternatywny ma to do siebie, że wykazuje nieustanną chęć diagnozy realiów, w których przyszło nam żyć, a które sami sobie przecież wykreowaliśmy przy pomocy kolejnych otępiających narzędzi – od MAX środków od bólu głowy po podwyższony poziom adrenaliny – podczas gdy zgrabnie wytyczamy sobie kroki milowe naszych ścieżek kariery. Zawsze zastanawiało mnie, co tak naprawdę niszowi artyści wiedzą o mechanizmach rządzących światem, który opisują, bo przecież nieustannie od tego uciekają, zamykając się w pięciu procentach grupy opierającej się kulturze masowej, popularnej… . Wiedzą tyle, ile „jarzą”, instynktownie rozpoznają tombak, którego należy się wystrzegać.

Wystrzegać się od parcia na sukces, na ekran, od chęci niby-rozrywki, która „fajna jest”, ale chodzi tylko o to, by wygrać, jak to ma miejsce we wszystkich teleturniejach. Taka zabawa w „jaka to melodia” w uproszczonej formie odegrana została w pierwszej scenie spektaklu. Uproszczona, gdyż bez tych wszystkich uścisków rąk, cukierków na pocieszenie, samochodów dla wygranych i zapchanych linii telefonicznych przez widzów głosujących na swych ulubieńców. Tu u graczy widać już profesjonalizm i zblazowanie, pieczołowicie odwieszają swe czarne marynarki i zaczynają: kto pierwszy, kto szybciej, kto bardziej wczuje się w odśpiewanie odgadniętej piosenki. Słychać gong za gongiem, widz pęka ze śmiechu, tylko jednej wybranej melodii nie można odgadnąć: to fraza Aerumnarum plenum Norwida w wykonaniu Niemena: „Czemu mi smutno i czemu najsmutniej”. Gracze zupełnie bezrefleksyjnie przechodzą do kolejnych melodii.

Należy unikać tych wszystkich pustych sloganów i wskazówek z poradników sukcesu, manipulowania jednostkami na zasadzie społecznego dowodu słuszność typu: „wielu już nam zaufało”, czy „to Ty jesteś dla nas najważniejszy”. Tu Kuba Kapral wystąpił w roli speca od szkoleń interpersonalnych. Wyważona gestykulacja, starannie dobrane słowa, entuzjazm i zaangażowanie. Świetnie, tyle, że „wiedz, że to bujda, granda zwykła”!

Lepiej nie mieć również do czynienia z frustracją i kiełkującą w sercu nienawiścią prowadzącą do terroru; i nie sprawdzać prawdziwości starego powiedzenia, iż „zabijamy, tych, których kochamy”, gdyż, według „nawiedzonego elektryka” (Tomasz Michniewicz), działa ono w obie strony. Aktor pod rozkołysaną lampą bardzo wiarygodnie wygłasza instrukcję skonstruowania popularnej bomby żarówkowej, a w kolejnej scenie przechodzi już do historii walących się wież. Zbrodnie przeciwko ludzkości są i małe, i duże, zawsze jednak są realizacją planu zrodzonej w jakiejś głowie należącej do homo sapiens.

Lepiej również brać nogi za pas, gdy widzi się labirynty „odhumanizowanych korytarzy konsumpcji”, wyścig mas, gdzie każdy sobie panem i władcą, ale jednak w tym samym obowiązującym rytmie: praca, kariera, pieniądz. Białe kołnierzyki biegną więc truchtem wokół sali w powyższym rytmie pokonywania kolejnych szczebli kariery. Zdobywają  punkty, werbują wyznawców, niezmordowani, nieustraszeni, skupieni: praca, kariera, pieniądz. A po pracy rozrywka, i tu Marcin Głowiński, w roli rzecznika prasowego tych biednych spracowanych, zaczarowanych mas, które tylko nauczyły się czerpać z życia garściami, bo przecież wszystko jest na wyciągnięcie ręki, „just take it”. Nie myślcie o nich źle.

Wreszcie twórcy przedstawienia radzą uciekać od postępów ewolucji informatycznej, kolejnych pomysłów naszego mrocznego umysłu – terapii ewolucyjnej typu E, którą proponują nam zaprogramowane na agitację tej metody inwazyjnego powiększania możliwości mózgu, postacie: aż dziewięćdziesiąt dziewięć procent skuteczności, tylko jeden procent nieudanych zabiegów! Poddanie się temu oznacza oczywiście wkroczenie na wyższy poziom ludzkich możliwości, ale też nieodwracalne  sutki uboczne - przemianę w monstrum z wielką głową, a z trudnym do zlokalizowania sercem, przeobrażenie w zwój obwodów zimnych jarzeniówek, zdolny jedynie do spóźnionej refleksji nad słowami Norwida:

„Więc to mi smutno,  i tak coraz gorzej,
Aż odczłowiecza się i pierś, i byt,
I nie wiem, czy już w akord się ułoży,
I nie wiem, czy już kiedy będę syt…!”

Teatr Palmera Eldritcha, w tych i kilku innych scenach, dał nam obrazek tombaku rzeczywistości, w której to toniemy w odmętach super-nowości, to dryfujemy bezładnie, dając się porwać falom powszechnego zachwytu. Tombaku nie w jego zwykłej połyskliwo-krzykliwej warstwie lakieru, lecz obleczonego w surową estetykę, przywodzącą trochę na myśl teatr Leszka Mądzika: operowania światłem i cieniem, czernią i bielą. W tym wypadku czernią ścian sali Teatru Ósmego Dnia i skrojonych na miarę garniturów oraz bielą plastycznych uśmiechów, dopasowanych koszul i oślepiających lamp. A całość zostaje spięta w klamrę precyzyjnie skomponowanej oprawy muzycznej autorstwa Patryka Lichoty, który wykorzystał m.in.: XVII-wieczne chorały, popularne songi, jak i elektroniczny industrial.

Chyba tylko ten „nieudany jeden procent” może nie zauważyć jasnego przesłania: ratujcie wzrok przed jarzeniem tej przedziwnej halucynacji Chew-Z, roboczo nazwanej obrazkowo-biznesową kulturą, wykreowaną przez wysokiej klasy specjalistów „lepszego jutra”.


Teatr Palmera Eldritcha
Jarzenie

Scenariusz i reżyseria: Palmer Eldritch
Muzyka: Patryk Lichota
Grają: Agata Elsner, Marcin Głowiński, Kuba Kapral, Tomasz Michniewicz

bardzo dobry
Ocena:
Komentarze (0)
Dodaj komentarz