skierniewickie.pl

Sławomir Broniarz: Nie zaglądajmy nauczycielom do kieszeni

Piątek 23.03.2012rozmawiał Maciej Bąba
Potrzebujemy spójnej polityki edukacyjnej państwa. źródło: ZNP
O sytuacji w szkolnictwie, finansowaniu przez samorządy oraz o najnowszych pomysłach ustawodawcy rozmawiamy z Prezesem Związku Nauczycielstwa Polskiego Sławomirem Broniarzem.

Skierniewickie.pl: Patrząc na to, co się obecnie dzieje w związku ze szkolnictwem i oświatą w Polsce można odnieść wrażenie, że nauczyciele wraz z uczniami stają się “zabawkami” na płaszczyźnie dialogu rząd – samorządy. Jakie jest Pana zdanie na ten temat?

Sławomir Broniarz: To dosyć barwny opis, ale nie odbiega od rzeczywistości. Mam nieodparte przekonanie, że w tej chwili, po pierwsze, na oświacie znają się wszyscy. Po drugie, wszyscy chcą wykazać, że źródłem niepowodzeń samorządów, źródłem ich trudnej sytuacji jest właśnie edukacja i koszty utrzymania szkół, a w szczególności płace nauczycieli. Stąd już prosta droga do decyzji o zamknięciu, czy likwidacji szkoły, o zagęszczaniu dzieci w poszczególnych oddziałach. W jakiejś mierze daliśmy sobie wmówić, że oświata jest najkosztowniejsza dla samorządów i to właśnie ona jest głównym powodem ich kłopotów. Prawda jest zgoła odmienna. Sądzę, że w określeniu, iż nauczyciele wraz z uczniami są „zabawkami” w rękach rad miast, powiatów, gmin jest trochę prawdy.

Skierniewickie.pl: Wszyscy mówią, że czeka nas, Polaków, czas zaciskania pasa. W wielu samorządach zamrożono w tym roku płace, lecz nie nauczycielom. Ci wzrost wynagrodzenia mają zagwarantowany przez ustawodawcę.



S.B.: W tym kraju nic nie jest tak interesujące i tak medialne jak płace nauczycieli. I to w sytuacji, kiedy podwyżka płac pani wiceprezydent tego miasta w ciągu dwóch lat jest na poziomie 1600 zł. Oznacza to, że w ciągu dwóch lat dostaje większą podwyżkę, niż uposażenie nauczyciela rozpoczynającego pracę. Twierdzenie, iż nauczyciele są jedyną grupą, która otrzymuje podwyżki jest nie tylko mało taktowne, ale przede wszystkim nieprawdziwe. Media prześcigają się w podawaniu informacji o zarobkach nauczycieli, zapominając jednocześnie, że pensja nauczyciela nadal należy do jednych z najniższych w kraju. Ja rozumiem, że lubimy zaglądać do cudzej kieszeni, ale zwracam uwagę, że jeśli zajrzymy do kieszeni nauczyciela to jego pieniądze znajdziemy na samym dnie. Pomijam w tym momencie system płacy nauczycieli, bo na jego wyjaśnienie potrzeba dużo czasu, ale nie ma chyba tak bardzo skomplikowanej metodologii liczenia płac pedagogów w żadnym innym kraju. W każdym razie, nauczyciel rozpoczynający pracę dostaje “na rękę” ok. 1300 zł. Pamiętajmy, że jest to osoba po studiach z tytułem magistra. Natomiast pensja zasadnicza nauczyciela dyplomowanego, po 20 latach pracy, wynosi nieco ponad 2900 zł brutto. Do tego dochodzi dodatek stażowy, maksymalnie 20 proc., co w sumie daje kwotę ok. 3600 zł. To pozwala stwierdzić, że takie wynagrodzenie mieści się w grupie najniższych pensji pracowników z wyższym wykształceniem. Mówimy tu o ludziach, posiadających często dwa lub trzy dodatkowe fakultety, kilka studiów podyplomowych i wbrew obiegowej opinii, ich czas pracy wynosi znacznie więcej niż ustawowe 40 godzin.

Skierniewickie.pl: Zatrzymajmy się przy temacie pracy nauczycieli. Niedawno pojawiły się wyliczenia mówiące, iż polski nauczyciel jest zmuszony przeznaczać mnóstwo czasu na wypełnianie różnych dokumentów.  Robota papierkowa więcej czasu im zajmuje niż to do czego są przygotowani, czyli do nauczania i przekazywania wiedzy.

S.B.: To jest bardzo skomplikowany problem. Spisane zadania i obowiązki nauczyciela zajmują ponad 40 stron maszynopisu. Ale wiele czasu nauczyciel musi poświęcić na przygotowanie sprawozdań i raportów, wypełnianie dokumentacji, robienie statystyk. Często zbędnych. Polskie szkolnictwo jest przytłoczone papierami. Takimi rzeczami, podobnie jak w innych krajach, powinna zajmować się administracja placówki, zaś nauczyciel winien jedynie sprawdzić listę obecności. Choć muszę przyznać, że wynika to z nadgorliwości urzędników rządowych i samorządowych, dyrektorów szkół, a niestety często i samych pracowników. Wiele dokumentów powstaje tylko po to, by podczas kontroli, czy wizytacji, można było się wykazać. To powoduje, że czasami nadmiernie jesteśmy przytłoczeni dokumentami. Kolejna sprawa, to potrzeba budowania i realizowania aktu prawnego związanego z kontrolą zarządczą. Z tego powodu w szkołach tworzone są kodeksy etyki nauczycielskiej, choć często jest to tylko powielenie przepisów zawartych w statucie szkoły oraz w ustawie o systemie oświaty i Karcie Nauczyciela.

Skierniewickie.pl: Wróćmy do likwidacji szkół, gdyż w jednej z wypowiedzi wspomniał Pan o wyżu demograficznym, który w roku 2014 pojawi się w szkołach. Czy w Pana opinii nie mamy teraz sytuacji podobnej do tej z lat dziewięćdziesiątych, kiedy to masowo zamykano przedszkola. W kolejnych latach nastąpił wzrost liczby dzieci w wieku przedszkolnym i władze samorządowe stanęły przed dylematem, jak zapewnić swoim małym mieszkańcom miejsca w przedszkolach? Pojawiły się przedszkola społeczne i prywatne. Czy nie obawia się Pan, że w sytuacji szkół może być podobnie? W miejsce niedawno zamykanych szkół powstaną nowe, ale już prowadzone przez inne niż samorządy, podmioty?

S.B.: Problem niżu demograficznego jest bardzo złożony, jednak na samym początku powinniśmy zadać sobie pytanie, czy jako kraj posiadamy politykę prorodzinną, ale nie w postaci deklaracji. Nie ulega wątpliwości, że wiele szkół jest zamykanych z powodu niżu demograficznego, ale więcej znika z powodu reformy szkolnictwa zawodowego. To powoduje, że oferta edukacyjna jest z roku na rok uboższa. Część samorządów czasami przeinwestowała i źle ulokowała środki. Skutkiem tego jest nieosiągnięcie przez samorządy zamierzonych efektów, co prowadzi do szukania oszczędności. Najłatwiej jest zaoszczędzić na edukacji. Oczywiście nie chcę uogólniać, ponieważ jest wiele samorządów wkładających wiele wysiłku w utrzymanie szkół. Czasami są to placówki liczące mniej niż 70 uczniów. Gminy mogłyby takie szkoły przekazać do prowadzenia organizacjom pozarządowym, ale wolą je same utrzymać z subwencji. Jako ZNP niezwykle cenimy taką postawę, gdyż to pokazuje świadomość i wywiązywanie się władz z zadań, jakie na nich ciążą. A teraz o wyżu demograficznym. Niestety ten z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku już się nie powtórzy. Pamiętam, że Szkoła Podstawowa nr 8 w Skierniewicach, która teraz świeci pustkami, miała 88 oddziałów i ponad 2300 uczniów. Nauczycieli było więcej niż obecnie w niejednej szkole mamy uczniów. Demografia pokazuje, że przed nami małe światełko w tunelu, czyli nieco większa liczba dzieci do ok. roku 2015. Ale to sytuacja krótkotrwała. Jej efektem może być „zagęszczanie” dzieci w przedszkolach i w klasach I-III tam, gdzie tych miejsc brakuje. Może to dotyczyć tych gmin, które nie mają strategii edukacyjnej na kolejne dwa, trzy, czy pięć lat. A przecież łatwo sprawdzić, na przykład w wydziałach spraw obywatelskich, jakiej liczby przedszkolaków czy uczniów możemy się spodziewać za parę lat. Wtedy samorządy mają czas, aby zapewnić miejsca w przedszkolach. Pięciolatki już są objęte obowiązkowym rocznym przygotowaniem przedszkolnym. Ale pozostawienie dużej grupy dzieci sześcioletnich w przedszkolach powoduje, że dla młodszych często już nie ma miejsca. Dlatego też, jako Związek Nauczycielstwa Polskiego, wystąpiliśmy z inicjatywą ustawodawczą, aby budżet państwa wsparł samorządy w prowadzeniu placówek wychowania przedszkolnego. Bez tego Polska nie nadrobi zaległości, jakie mamy wobec innych krajów europejskich. Przypomnę tylko, że zgodnie z zaleceniami Komisji Europejskiej do roku 2020 musimy mieć 95 proc. dzieci w przedszkolach. Same samorządy temu nie podołają, potrzebujemy więc spójnej polityki edukacyjnej państwa.

Skierniewickie.pl: Pojawił się pomysł, aby w szkołach ponadgimnazjalnych zmniejszać liczbę godzin historii lub matematyki. Kluczem do tego miałby być profil danej klasy. W klasach nastawionych na nauki ścisłe zamiast historii na uczniów czekałby nowy przedmiot - historia i społeczeństwo.

S.B.: Jako nauczyciel historii mogę powiedzieć, że wszelkie ograniczenia, i to na każdym etapie i we wszystkich typach szkół, trudno zaakceptować. Odeszliśmy od spiralnej metody nauczania historii, czyli powtarzania na każdym etapie kształcenia, poprzez rozszerzenie niektórych elementów. Teraz stosowana jest metoda liniowa. A to spowodowało, iż uczniowie klas gimnazjalnych mogą nie znać podstawowych faktów i pojęć, np. dotyczących II wojny światowej. Jeśli zatrzymamy się przy matematyce, to uważam i być może jestem w tym odosobniony, że trochę zdemonizowaliśmy kwestię matematyki kosztem – niestety – historii. Dziecko kończące gimnazjum powinno mieć dobre podstawy tego przedmiotu, zaś szkoła ponadgimnazjalna umożliwiałaby rozwój tego zainteresowania, a nie zmuszaa do wybierania matematyki na maturze. W dorosłym życiu być może raz wykorzystamy całki, czy różniczki. Raczej będziemy pamiętać o wyliczeniu pola kwadratu i obliczaniu procentów. To wszystko odbywa się niestety kosztem czegoś, co nazwałbym wychowaniem patriotycznym i obywatelskim. Może to brzmi nieco patetycznie, ale dla mnie jest to rzecz bardzo istotna. Znikanie historii z planu lekcji odbieram negatywnie. Uważam, że nie należy zmniejszać liczby godzin języka polskiego i historii. Nasze poczucie patriotyzmu i obywatelskie zaangażowanie w dorosłym życiu mogą na tym ucierpieć.



Skierniewickie.pl: To na koniec poproszę o jeszcze jeden komentarz. W nowelizacji o finansach pojawił się zapis dotyczący łączenia placówek na różnych poziomach nauczania. Ustawodawca chce dać możliwość łączenia poziomu przedszkolnego z podstawowym oraz gimnazjalnego z ponadgimnazjalnym. W tym drugim dochodzi już na samym początku do rozbieżności dotyczących organów prowadzących.

S.B.: Mówimy tu o grupowaniu placówek: przedszkola ze szkołą podstawową oraz gimnazjum ze szkołą ponadgimnazjalną. Takie rozwiązanie ma jednak drugie dno. Z jednej strony jest to próba wyjścia z trudnej sytuacji związanej z rynkiem pracy dla nauczycieli, bo wtedy łatwiej znaleźć dla nich odpowiednią liczbę godzin lekcyjnych. Drugi element dotyczy procesu wychowawczego, związanego choćby z trudnym wiekiem młodzieży gimnazjalnej. Łączenie gimnazjum i liceum stwarza zupełnie inny punkt odniesienia młodzieży gimnazjalnej w relacji do swoich starszych kolegów, aniżeli w samodzielnym gimnazjum, czy też w gimnazjum przy szkole podstawowej. Kontrowersje natomiast pojawiają się przy okazji organów prowadzących, gdyż gimnazja leżą w gestii gmin, zaś licea – starosty. Tu w grę wchodzą wszystkie elementy rodzące konflikty, łącznie z kwestiami politycznymi.

bardzo dobry
Ocena:
Komentarze (1)
Dodaj komentarz
  • Bardzo mądrze Pan mówi Panie Broniarz, gorąco pozdrawiam całą rodzinę! Szkoda, że tam w Ministerstwie rządzą coraz to gorsi nie wspominając już o nawiedzonej pani ze sławną już grzywką . Jak się skończy panowanie karierowiczów z PO którzy niszczą wszystko czego się dotkną to może się coś zmieni, a na razie musimy się jakoś trzymać!

    Precz z PO2012-04-12 14:44:25