skierniewickie.pl

Zawody na wymarciu

Poniedziałek 31.03.2014Joanna Majewska

Skierniewicki rynek opanowują popularne „sieciówki” – znane marki odzieżowe i obuwnicze, wielkie markety spożywcze i budowlane. Czy jest wśród nich miejsce dla małych, lokalnych rzemieślników?

Te przemiany widać w naszym mieście już od dziesięciu lat: w 2003 r. powstały „Tesco” i „Kaufland”, rok później „Lidl”, a w 2006 r. istniejący od kilku lat market „Champion” zastąpiła „Castorama”. We wrześniu 2011 r. otwarta została skierniewicka galeria handlowa „Dekada”, gdzie znalazły się takie sklepy, jak m.in. „CCC” czy „Deichmann”. Już za chwilę „Dekada” doczeka się rozbudowy, a przy ulicy Mszczonowskiej, za rondem Solidarności, zostaną otwarte kolejne molochy – „Intermarché” i „Bricomarché”. Wielu uważa, że „sieciówki” i większe markety niszczą rynek lokalny. Cały czas słyszymy o krzywdzie drobnych sklepikarzy. Zapominamy jednak, że postęp techniki i globalizacja produkcji są również przyczyną braku zapotrzebowania na niektóre usługi, a to z kolei sprawia, że coraz więcej przedstawicieli popularnych dawniej zawodów – szewców, zegarmistrzów czy kuśnierzy – staje się niepotrzebnych. W „sieciówkach” i marketach znajdziemy szeroki wybór ubrań, butów i zegarków w przystępnych cenach. Konkurencja, którą w ten sposób tworzą wielkie sieci, jest tak silna, że nie sposób się z nią mierzyć w pojedynkę…

***

 

 

Wielu mieszkańców Skierniewic, zapytanych o szewca, bez wahania podaje adres: róg ulic Sobieskiego i Szkolnej. Gdy w krótkiej ulicznej sondzie pytamy, od kiedy mieści się tam zakład szewski, kilku starszych skierniewiczan podaje lata osiemdziesiąte, ci młodsi zaś z reguły odpowiadają: od zawsze. Postanowiliśmy sprawdzić, czy rzeczywiście statystyczny mieszkaniec miasta tak rzadko korzysta z usług tej profesji...


Gdy wchodzimy do budynku, od progu wita nas sympatyczny dźwięk zawieszonych nad drzwiami dzwoneczków. Nie sposób pomylić specjalizacji właściciela zakładu – już od wejścia czuć charakterystyczny zapach kleju obuwniczego, a w oczy rzucają się: maszyna, kopytka, deski, kleje, fleki, kawałki gumy i… buty, buty, wszechobecne buty. Nasz bohater, Mieczysław Stopiński, który w zawodzie działa 47 lat, siedzi za stołem i jest zajęty pracą. Dziwi się, że chcemy z nim przeprowadzić wywiad. Dlaczego? Uważa, że nie warto.

Mieczysław Stopiński - jeden z dwóch ostatnich szewców w Skierniewicach

- Teraz nikt z młodych ludzi nie chce parać się pracą szewca, a co dopiero o tej pracy czytać… - wyjaśnia.

Szkołę czeladniczo-mistrzowską ukończył w Łodzi, a praktykę odbył w Skierniewicach. Własną działalność na rogu ulic Sobieskiego i Szkolnej prowadzi od 1982 r. Wcześniej, przez 3 lata, jego zakład mieścił się przy ulicy Batorego.

- Mam dwa zawody: jestem nie tylko szewcem, ale też cholewkarzem. W mojej rodzinie nie było szewca, rodzice pracowali na gospodarstwie. Gdy byłem młody, podobał mi się ten zawód, był opłacalny. Nie to co dzisiaj… - mówi. - Skierniewice kiedyś słynęły z bardzo dobrych szewców. W tej chwili w mieście są tylko dwa zakłady. Szewc działający przy skierniewickim rynku ma 70 lat, a ja 62. Gdy my znikniemy, po nas nie będzie już nikogo.

Pan Mieczysław wspomina innych, którzy w ostatnim czasie próbowali prowadzić w mieście podobną działalność – szewc, który reklamował swój zakład na osiedlu Widok, utrzymał się na rynku jedynie przez trzy miesiące, drugi natomiast, który pracował przy Placu Dąbrowskiego, zwinął interes po półtora roku. Nasz rozmówca przyznaje, że sam również kilkakrotnie przymierzał się do zamknięcia zakładu, jednak ostatecznie nigdy się na to nie zdecydował. Pytany o najlepszy okres w swojej pracy, stwierdza - Najwięcej napraw było w stanie wojennym. Potem bywało bardzo różnie. Wiadomo, to robota sezonowa. Najwięcej pracy jest w zimie i jesienią.


Dziennie jego zakład zazwyczaj odwiedza kilku klientów. - Jak przyjdzie dziesięciu, to jest cud! Od 2010 r. jest ich coraz mniej, a ze wszystkich dotychczasowych lat ten rok jest na razie najsłabszy - przyznaje i na chwilę zamyśla się. - Czy lubię swoją pracę? - pyta - Lubię, bo nie mam wyjścia. Nie jest to praca lekka - rozkłada ręce, pokazując to, co leży przed nim na stole - kleje, szkodliwe zapachy, brudne buty, ciężkie do oderwania fleki… Ale co mam zrobić? Mam 62 lata i nikt mnie do innej pracy nie przyjmie. W tym zawodzie majątku się człowiek nie dorobi. Proszę sobie wyobrazić najniższą pensję w jakimś zakładzie. Ja zarabiam mniej.


Zapytany o najpopularniejsze naprawy, odpowiada z uśmiechem - Damskie fleczki! Obecni producenci coraz rzadziej dołączają do sprzedawanych butów zapasowe fleki. Te oryginalne bardzo szybko się zdzierają i trzeba dorabiać nowe, z gumy - wyjaśnia. Wszystkie panie, które w tym momencie przypomniały sobie o swoich szpilkach z flekami do wymiany, uspokajamy: nie jest to droga naprawa. Jak zapewnia pan Mieczysław, zwykła wymiana fleków to koszt około 14–15 złotych. Co istotne, jest to cena konkurencyjna. Stałe klientki pana Mieczysława, skierniewiczanki studiujące w Warszawie z butami do naprawy zawsze wracają do rodzinnego miasta. Jak twierdzą, w cenie jednej naprawionej pary butów w stolicy, tutaj naprawią dwie. Oprócz fleków do wymiany, typowymi naprawami, z którymi zgłaszają się klienci, są naprawy zamków.


Co pan Mieczysław Stopiński sądzi o produkowanych dziś butach? - Są barrrdzo słabe! - wykrzykuje, żywo gestykulując. - Jakby je zobaczyli dawni mistrzowie, toby załamali ręce. Wszyscy młodzi ludzie, którzy dziś noszą buty masowo produkowane w Chinach, za 20 lat będą mieli pokrzywione nogi!


Co najgorsze, klienci są chyba świadomi słabej jakości butów. Bardzo często przynoszą kompletnie zniszczone obuwie, które zdążyli ponosić np. tylko przez dwa tygodnie. Czasami pan Mieczysław odmawia naprawy, ponieważ jest nieopłacalna i wyniesie więcej niż zakup nowych, takich samych butów. W jeszcze innych przypadkach, tłumaczy klientowi, że czegoś po prostu nie da się naprawić: obuwie jest tak złej jakości, że mimo naprawy jednej usterki, za chwilę popsuje się coś innego.


Pan Mieczysław, podobnie jak wielu innych polskich szewców, choć jest mistrzem w swoim fachu, nie ma następcy. Żaden z jego dwóch synów nie chce przejąć zakładu. Choć można szukać pozytywów i twierdzić, że sprzymierzeńcem naszego bohatera jest m.in. kostka brukowa ze skierniewickiego rynku, na której kobiety łamią obcasy i gubią fleki, to jednak przyszłość zawodu rysuje się raczej w ciemnych barwach. Być może za 30 lat już nie będziemy mieli dylematu, czy nasze buty naprawiać, czy wyrzucać, bo pierwszej opcji po prostu nie będzie, a jedynym szewcem, którego mętnie będzie kojarzyła młodzież, będzie Jan Kiliński, szewc warszawski, który zapisał się na kartach historii jako jeden z pułkowników powstania kościuszkowskiego.

***

Z drugim bohaterem naszej historii, zegarmistrzem Henrykiem Kłodawskim, spotykamy się w jego zakładzie, w „Tesco” przy ul. Lelewela 8. Pan Henryk żartuje, że zawsze miał szczęście prowadzić swój zakład w towarzystwie większych sklepów. W „Tesco” jest już od 6 lat, wcześniej mogliśmy naprawić u niego zegarek m.in. w „Jysk-u”. Jak przyznaje - To całkiem miłe towarzystwo. Zawsze w pobliżu kręci się dużo ludzi…


W zawodzie działa od 1975 r., w Skierniewicach pracuje od 1986 r. - Dobre lata były na samym początku, gdy zaczynałem pracę. Zegarmistrzostwo wydawało się pracą z przyszłością. Ludzie bardzo często oddawali zegarki do naprawy - opowiada i dodaje - W mieście było aż jedenastu zegarmistrzów, a mimo to, terminy napraw potrafiły dochodzić do sześciu miesięcy. Teraz w Skierniewicach jest nas dwóch, a zegarek można naprawić bez czekania, od ręki.


Gdy pytamy, co lubi w swojej pracy, odpowiada przekornie - Mnie się nigdy nic nie podobało. Zawód jak każdy inny. Jako młody chłopak chciałem być mechanikiem samochodowym. Dzisiaj widzę to już nieco inaczej: ręce brudne, plecy bolą…”.
Jakie zegarki przynoszą klienci? - Roleksów to tu nie ma - wyjaśnia ze śmiechem, wskazując na szklane gabloty. - Czasami naprawiam ‘szwajcary’, stare Atlantiki czy też inne zegarki, które mają 50-60 lat. Klienci chcą je naprawić, bo mają do nich sentyment - mówi i pokazuje nam jeden egzemplarz, czekający na odbiór. - Do standardowych usług należy wymiana baterii, pasków oraz czyszczenie.


Bywa, że dziennie do pana Kłodawskiego przychodzi nawet kilkadziesiąt osób, ale wbrew pozorom, wcale nie oznacza to szczególnego powodzenia w interesie. Zapytany o przyszłość swojego zawodu, stwierdza zdecydowanie - Jak nas zabraknie, to nie będzie już nikogo. Chociaż ma trzech synów, nie widzi sensu, by któryś z nich miał przejąć zakład. - Po co miałby klepać biedę? - kręci głową z uśmiechem.


 


Słuchając naszego rozmówcy, nie sposób nie przyznać mu racji. Większość z czytelników zapewne pamięta jeszcze czasy, gdy zegarek był dobrem luksusowym, a prawdziwym faux pas było nie uwzględnienie go na liście prezentów z okazji pierwszej komunii świętej. Dziś – dobry, sprawny zegarek to koszt 30 złotych. Gdy kupujemy coś z niższej półki cenowej, standardem jest roczna gwarancja. Przy zegarku z półki wyższej możemy uzyskać nawet gwarancję 6-letnią, a na najdroższe modele producenci coraz częściej udzielają gwarancji wieczystej…

 

***

- Dlaczego zainteresowałem się akurat kuśnierstwem? Trochę ciągnęła mnie do tego zawodu tradycja rodzinna (ojciec był krawcem i kożusznikiem), a później – najzwyczajniej w świecie to polubiłem. Jako kuśnierz pracuję już 42 lata. Jest to praca związana w pewnym sensie z artyzmem: trzeba ułożyć skóry w odpowiedniej długości włosa, kolorystycznie… - opowiada nam nasz trzeci rozmówca, Tadeusz Pąśko, kuśnierz z ulicy Sienkiewicza. - Co mnie zawsze najbardziej cieszy? Chyba moment, w którym klientka zakłada wykonaną przeze mnie rzecz, przegląda się w lustrze, uśmiecha się i mówi: „Panie Tadeuszu, czy to jest moje? To chyba niemożliwe!”. Gdy widzę zadowolenie klienta i gdy mogę dostrzec te iskierki, które zapalają się ludziom w oczach, gdy coś im się podoba, mam olbrzymią satysfakcję. A im dłużej pracuję w zawodzie, tym bardziej na to zwracam uwagę.


Wszyscy Ci, którzy choć raz odwiedzili pracownię pana Tadeusza, już wiedzą, że jest to firma z tradycjami. Wcześniej, począwszy od 1940 r., dokładnie w tym samym miejscu, w kamienicy przy ulicy Sienkiewicza 16, mieścił się zakład krawiecki, prowadzony przez jego ojca.


Chociaż pan Pąśko jest w branży sam i ma monopol na wszystkie kuśnierskie usługi w mieście, z roku na rok ubywa mu klientów. - Przychodzą, gdy zaczynają się chłodne dni. Zwykle przynoszą do reperacji odzież skórzaną. Coraz mniej osób chce szyć rzeczy nowe, w 99% zależy im jedynie na naprawie. Przynoszą najczęściej ubrania, do których mają sentyment. Dlaczego jest coraz mniej klientów? Cała ta sytuacja związana jest nierozerwalnie z tanią odzieżą oferowaną przez markety oraz chińskie centra. Ludzie wolą kupić coś taniego, co eksploatują potem przez miesiąc czy dwa i wyrzucają. W okresie letnim klientów nie mam prawie wcale, dlatego szukam różnych innych rozwiązań. Bywa, że na jakiś czas zamykam zakład i przechodzę na utrzymanie żony, a czasami pomagam swoim przyjaciołom - wyjaśnia.


Choć stali klienci proszą, by nie likwidował zakładu, sam jednak przyznaje, że być może w najbliższym czasie będzie do tego zmuszony. - Ten sezon jest pierwszym, w którym zacząłem na poważnie rozważać likwidację pracowni. Nie mówię tego na pewno. Dziś jest tak, a jutro może być inaczej, może coś się zmienić. W końcu, jak mawiają, nadzieja umiera ostatnia. Nie patrzę jednak na swój zawód przez różowe okulary. Na dzień dzisiejszy jestem na granicy opłacalności, jeśli chodzi o koszty utrzymania lokalu.

***

Trzech mistrzów, trzy różne profesje, trzy historie i prawdopodobnie – tylko jeden finał. Gdzie się podziali wszyscy ci, którzy mogliby być przyszłością dla tych zawodów? Odpowiedzi na to pytanie poszukiwaliśmy wraz z panią Urszulą Targońską, Dyrektorką Biura Cechu Rzemiosł Różnych. Jak się okazało, skierniewickiego Cechu w ostatnim dziesięcioleciu również kryzys nie ominął. Na naukę rzemiosła rokrocznie zgłasza się coraz mniej uczniów. Wystarczy zajrzeć do prowadzonych rejestrów. W 2000 r. zgłosiło się 131 chętnych, pięć lat później było ich już 36, w 2010 r. odnotowano tylko 30 ochotników, a w 2013 r. zaledwie 18. Na malejącą liczbę chętnych miało i nadal ma wpływ wiele czynników, m.in. wejście w życie reformy systemu oświaty wprowadzającej gimnazja czy też pokutujące wśród rodziców, decydujących często o przyszłości swoich dzieci, stare myślenie, że zawód rzemieślniczy to zawód gorszy. Jak pesymistycznie zauważa nasza rozmówczyni, ginące zawody nie ograniczą się w najbliższych latach jedynie do szewców, kuśnierzy czy zegarmistrzów. Tuż za nimi zaczną zanikać następne: tapicer, piekarz, wędliniarz czy stolarz…

***

Gdy odwiedzaliśmy bohaterów naszego reportażu, dziwili się: Znowu wywiad? Fakt, nie byliśmy pierwszymi, którzy się tym tematem zainteresowali. Problem zanikających profesji budzi coraz większe zainteresowanie i staje się z roku na rok coraz bardziej dostrzegalny. Paradoksalnie, zapewne najlepiej go dostrzeżemy za dziesięć lub dwadzieścia lat, gdy nie będziemy mogli znaleźć w Skierniewicach żadnego czynnego zakładu. Co wtedy zrobimy, gdy popsuje nam się ulubiony zegarek, czy przedziurawi skórzana kurtka?

dobry
Ocena:
Komentarze (10)
Dodaj komentarz
  • Bardzo ciekawy artykuł, ciekawe czy przyjął by mnie na naukę za darmo?

    .../?2014-04-05 12:44:41

  • Najlepszy fachowiec jest na ulicy Sobieskiego. Polecam gorąco!!! Ten Pan nie boi się żadnej naprawy, bardzo miła obsługa, z uśmiechem wita zawsze klienta.

    klientka2014-04-01 20:51:09

  • I ja pochwalę autora...bardzo dobry tekst na bardzo ciekawy temat.Oby więcej takich. To może teraz napiszcie o np: omaszynistach, kominiarzach itp. Taki cykl artykułów moim zdaniem byłby ciekawy.

    piotr2014-04-01 08:32:49

  • W Skierniewicach jest 3 szewców. Trzeci działa "od zawsze" na Widoku przy ul. Wańkowicza. W Skierniewicach jest jeszcze parę podobnych miejsc.

    CD2014-03-31 21:36:51
    • Ja tam wolę szewca przy ul.Sobieskiego!! Poza tym ten na os.Widok owszem jest ,ale nie od zawsze.

      na tyle w temacie2014-03-31 21:54:06

  • Mieszkam w Skierniewicach prawie 30 lat a tylko 2 z 3 Panów znam. Świetny artykuł! Pierwszy, który przeczytałem cały. Zazwyczaj kończyłem po drugim akapicie :)

    fan portalu2014-03-31 15:18:15